Od siebie mam do dodania tylko tyle, że: Ten rozdział jest dowodem na to, iż moje opwiadanie zyje własnym życiem.
życze Wam miłej lektury i dziękuje osobom, którym chce się komentowac moje wypociny :0 Naprawdę gdyby nie Wy to nie miałabym ochoty więcej pisać :)
Światła były zapalone, a w powietrzu
unosił się zapach gotowanej kiszonej kapusty, albo po prostu czegoś
skiśniętego. Położyłam dłoń na przytwierdzonym do paska mieczu, gotowa w każdej
chwili wyciągnąć go i stanąć do walki z Lilith. Jednak pomieszczenie było
puste. Umyte i wypolerowane szklanki stały równo ustawione na półce za barem,
krzesła były pozakładane na stoliki, słowem – czysto i schludnie. Żadnych
śladów działalności jakiegokolwiek demona. Oprócz tego smrodu, ale kto by się
przejmował smrodem? W pewnym momencie ciszę przeciął dźwięk bili toczącej się
po stole bilardowym, odruchowo spojrzałam w tamtą stronę – bila powoli
dotoczyła się do końca stołu i zatrzymała przy ściance.
-
Czekam! – Krzyknęłam, starając się nadać swojemu głosowi nutkę pewności. Chyba
się nawet udało.