Rozdział czwarty. Mam nadzieję, że będzie Wam się go dobrze czytać. Nadszedł ten moment, w którym muszę podziękować moim czytelni(cz)kom za to, że są i komentują moje wypociny. Nawet nie wiecie ile to dla mnie znaczy i jakiego daje kopa do dalszego pisania! Fajnie by było, gdybyście mi wytykały wszelkie literówki i błędy jakie zauważycie - to na pewno pomoże w jakości opowiadania. No dobra nie smęcę więcej i zapraszam do czytania ;)
Ochłodzenie
przyszło z drugim tygodniem października. Wyszłam z domu ubrana w garsonkę,
którą zwykle zakładałam do pracy i natychmiast wróciłam. Było zimno, mroźny
podmuch uderzył mnie w twarz, kiedy tylko zeszłam z werandy. Pierwszym pomysłem
było pozostanie w domu, ale tego niestety zrobić nie mogłam. Chcąc nie chcąc
ruszyłam do pracy, starając się nie kulić z zimna przy każdym kroku. Nic z
tego. Moje mięśnie zaciskały się, gdy tylko poczułam chłód na którejś partii
ciała. Do liceum dotarłam zmarznięta i z czerwonym nosem. Uczniowie patrzyli na
mnie jak na wariatkę, ale do tego akurat rodzaju spojrzenia zdążyłam się
przyzwyczaić.