Obudziłam się rześka i radosna, na
stoliku nocnym leżało śniadanie, a przez uchylone okno wlatywało do pokoju
świeże powietrze. W ekspresowym tempie pochłonęłam przygotowaną jajecznicę po
czym przypomniało mi się, że coś mnie ugryzło wczorajszego wieczora.
Postanowiłam odwinąć bandaże i sprawdzić jak się ma moja rana, jednak z wielkim
zaskoczeniem odkryłam, że na moim ramieniu nie było żadnego bandaża. Ba! Nie
było nawet żadnej rany. Jedynie kilka małych blizn. Wychodziło na to, że któryś
z wampirów nakarmił mnie w nocy swoja krwią, a to oznaczało, że nie byłam w
zbyt dobrym stanie. W jednej chwili zalała mnie fala wspomnień. Matt, April i
moja rozmowa z sukkubem. „Pani znisssszczy pannę Piemonte…”
, na samo wspomnienie słów demonicy, moje ciało przeszedł nieprzyjemny dreszcz. Od razu odechciało mi się jeść. Wiedziałam, że im szybciej skonfrontuję się z Lilith, tym prędzej zakończę to szaleństwo – albo ją pokonując, albo ginąc z jej ręki. Lub macki, kto ją tam wie. Postanowiłam odwiedzić Matta i - przede wszystkim – April, w końcu w jej ciele siedział demon, może zapamiętała wygląd Lilith albo chociaż namiary na nią. Od najmłodszych lat cechował mnie słomiany zapał, dlatego też postanowiłam nie odkładać wizyty w szpitalu na później i ubrawszy się w pospiechu, wyszłam z domu Salvatore’ów. Dzień był ciepły lecz pochmurny. Nie były to jednak ciężkie, burzowe chmury, a te cienką warstwą zakrywające błękit nieba. Co jakiś czas słońcu udawało się przez nie przebić i wtedy robiło się naprawdę przyjemnie. W wielkiej, stojącej w moim pokoju szafie z litego drewna znalazłam lekki płaszczyk w jasnozielonym kolorze, ubrana w niego i kremowe, obcisłe dżinsy przemierzałam ulice Mystic Falls. Na pierwszy rzut oka nie było nic niepokojącego w tym małomiasteczkowym krajobrazie, te same zadbane domy, równe chodniki. Ci sami ludzie przechodzący obok mnie pojedynczo lub całymi rodzinami. Jednak po bliższym przyjrzeniu się tym przechodniom nie mogłam nie zauważyć zmian, jakie w nich zaszły. Oto kobiety, lekko zdenerwowane, strzelające spojrzeniami na boki, mamroczące po cichu same do siebie. Ich paznokcie obgryzione aż do krwi, włosy w nieładzie, na twarzach lekkie, niepokojące uśmieszki. Jakby skrywały niebezpieczny sekret. O tak, skrywały je! Oto mężczyźni, bladzi, wychudzeni, wyraźnie przemęczeni. Ich przygarbione sylwetki, oczy pełne lęku, ich sińce pod tymi zlęknionymi oczami. Idąc zagryzali wargi, podskakiwali gdy tylko usłyszeli jakiś nagły hałas. Mystic Falls nie było moim rodzinnym miastem. Na dobrą sprawę nie znałam większości mieszkających tu ludzi. Nie łączyła mnie ani z nimi ani z tym miejscem żadna więź, a jednak, widząc ich – wykorzystywanych, dręczonych, pozostawionych samym sobie – wiedziałam, że nie mogę przejść obojętnie nad ich losem. Skoro miałam możliwość walczenia z demonami, to musiałam tę możliwość wykorzystać. Miałam tez coś do udowodnienia Damonowi, gdziekolwiek teraz był.
, na samo wspomnienie słów demonicy, moje ciało przeszedł nieprzyjemny dreszcz. Od razu odechciało mi się jeść. Wiedziałam, że im szybciej skonfrontuję się z Lilith, tym prędzej zakończę to szaleństwo – albo ją pokonując, albo ginąc z jej ręki. Lub macki, kto ją tam wie. Postanowiłam odwiedzić Matta i - przede wszystkim – April, w końcu w jej ciele siedział demon, może zapamiętała wygląd Lilith albo chociaż namiary na nią. Od najmłodszych lat cechował mnie słomiany zapał, dlatego też postanowiłam nie odkładać wizyty w szpitalu na później i ubrawszy się w pospiechu, wyszłam z domu Salvatore’ów. Dzień był ciepły lecz pochmurny. Nie były to jednak ciężkie, burzowe chmury, a te cienką warstwą zakrywające błękit nieba. Co jakiś czas słońcu udawało się przez nie przebić i wtedy robiło się naprawdę przyjemnie. W wielkiej, stojącej w moim pokoju szafie z litego drewna znalazłam lekki płaszczyk w jasnozielonym kolorze, ubrana w niego i kremowe, obcisłe dżinsy przemierzałam ulice Mystic Falls. Na pierwszy rzut oka nie było nic niepokojącego w tym małomiasteczkowym krajobrazie, te same zadbane domy, równe chodniki. Ci sami ludzie przechodzący obok mnie pojedynczo lub całymi rodzinami. Jednak po bliższym przyjrzeniu się tym przechodniom nie mogłam nie zauważyć zmian, jakie w nich zaszły. Oto kobiety, lekko zdenerwowane, strzelające spojrzeniami na boki, mamroczące po cichu same do siebie. Ich paznokcie obgryzione aż do krwi, włosy w nieładzie, na twarzach lekkie, niepokojące uśmieszki. Jakby skrywały niebezpieczny sekret. O tak, skrywały je! Oto mężczyźni, bladzi, wychudzeni, wyraźnie przemęczeni. Ich przygarbione sylwetki, oczy pełne lęku, ich sińce pod tymi zlęknionymi oczami. Idąc zagryzali wargi, podskakiwali gdy tylko usłyszeli jakiś nagły hałas. Mystic Falls nie było moim rodzinnym miastem. Na dobrą sprawę nie znałam większości mieszkających tu ludzi. Nie łączyła mnie ani z nimi ani z tym miejscem żadna więź, a jednak, widząc ich – wykorzystywanych, dręczonych, pozostawionych samym sobie – wiedziałam, że nie mogę przejść obojętnie nad ich losem. Skoro miałam możliwość walczenia z demonami, to musiałam tę możliwość wykorzystać. Miałam tez coś do udowodnienia Damonowi, gdziekolwiek teraz był.
W końcu dotarłam do szpitala. Nigdy
nie rozumiałam awersji ludzi do tego miejsca. W porządku, część populacji
umierała w szpitalach, ale gdyby iść tym tokiem myślenia to można by nie lubić,
ulic, mieszkań, przejść dla pieszych, parków czy zabytkowych domów. Przecież
właściwie w każdym miejsc na ziemi ktoś kiedyś umarł. Zresztą mnie szpitale
zawsze kojarzyły się z powrotem do
zdrowia, narodzinami i początkiem nowego życia, właśnie dlatego niechęć ludzi
do tej instytucji była dla mnie kompletnie niezrozumiała. Przemierzając
korytarze o pomalowanych na jasny odcień błękitu ścianach, zaglądałam przez
przeszklone drzwi do sal. W każdej z nich stały po dwa idealnie zasłane białą
pościelą łóżka, jedne były puste, w innych leżeli pacjenci. Wszyscy wyglądali
podobnie – bladzi, wychudzeni – niewiele różnili się od tych mijanych na
ulicach, w całym szpitalu był tylko jeden pacjent płci żeńskiej. April Young leżała
w Sali numer siedemnaście. Jej wygląd wskazywał na skrajne wyczerpanie
organizmu. Cera, która zawsze była blada, teraz przybrała lekko zielonkawą
barwę. Długie, czarne włosy były matowe i posklejane w tłuste strąki.
Niebieskie oczy przygasły i straciły swą barwę tak samo jak usta, które
dotychczas cechowały się mocną, nasycona czerwienią. Oprócz tych zmian, April
miała oczywiście obgryzione krótko paznokcie, a na jej przedramionach widniały
liczne zadrapania. Patrzyła na mnie, jakby mnie nie rozpoznawała, jednak gdy
podeszłam bliżej jej twarz lekko się ożywiła.
-
Olivia, pamiętam co wczoraj zrobiłaś.
-
Jak się czujesz? – Choć miałam do niej milion pytań odnośnie Lilith i jej
wesołej kompanii, stwierdziłam, że mogą one chwilę poczekać.
-
Właściwie to… można by się spodziewać, że będzie gorzej, ale nie jest źle. Poza
ogólnym bólem i mętlikiem w głowie. – Uśmiechnęła się z pewną dozą bezradności.
– Wiesz, ja tam cały czas byłam, widziałam co robi ten sukkub i nie miałam
wpływu na nic, nie umiałam go powstrzymać.
Mimowolnie
pokiwałam głową, dobrze wiedziałam jak to jest nie mieć kontroli nad swoim
ciałem. Zaczęłam zastanawiać się, czy nie lepiej by było, gdyby Damon i cała
reszta dowiedzieli się, że to nie ja go zaatakowałam, tylko Dora. Jednak z
drugiej strony byłam teraz ich jedyną nadzieją na przywrócenie jako takiej
normalności w Mystic Falls i chyba nie
chciałam im tego odbierać.
-…to
uczucie?
Potrząsnęłam
głową, o czym ona mówiła? Nie mogłam skupić myśli. Popatrzyłam na nią mrugając
energicznie powiekami, zawsze robiłam tak, gdy byłam zaskoczona.
-
Pytałam, czy znasz to uczucie.
Zastanowiłam
się przez chwilę. Czy mogłam zaufać tej dziewczynie na tyle, by wyjawić jej mój
sekret? Byłam oczywiście paplą, ale czasem zdarzało mi się pomyśleć, zanim
beztrosko machnęłam językiem.
-
Przykro mi, nie mam pojęcia, ale wyobrażam sobie, że to musiało być okropne. –
Położyłam dłoń na jej dłoni, z nadzieją, że ten gest doda jej trochę otuchy.
-
Powinnaś się cieszyć, widziałam co ona robi z Mattem i nie mogłam nic na to
poradzić…to…to było… – w tym momencie April się rozpłakała. Oczywiście było mi
jej szkoda, ale nie przyszłam tu w roli terapeutki. Miałam zadanie do
wykonania. Musiałam wyciągnąć z niej jakieś informacje, a klepiąc ją po plecach
nigdy bym tego nie osiągnęła.
-
April, popatrz na mnie – ku własnemu zdziwieniu stwierdziłam, że mój głos brzmi
o wiele ostrzej niż bym sobie tego życzyła. – Masz to już za sobą. Demon
opuścił twoje ciało, Matt dochodzi do siebie, więc nie rozpaczaj już tak
bardzo, tym bardziej, że potrzebuję twojej pomocy.
Podziałało.
Dziewczyna spojrzała na mnie ze zdumieniem i wierzchem dłoni otarła spływające
po policzku łzy.
-
Mojej pomocy? Ale w czym?
-
Widzisz, przez ten czas, kiedy byłaś uwięziona we własnym ciele sporo się
wydarzyło. Dla ciebie to już koniec koszmaru, ale praktycznie całe miasto jest
nadal dręczone przez sukkuby. Mówiłaś mi, że podczas opętania, zachowałaś
świadomość. Potrzebuje informacji. Co widziałaś? Pamiętasz coś? Kim jest
Lilith? Jak do niej dotrzeć?
Błysk
w oku April dał mi do zrozumienia, że za chwilę cała zagadka się rozwiąże.
Dziewczyna pochyliła się w moją stronę i odezwała się szeptem.
-
Olivio, mam tylko nadzieję, że wiesz jak bardzo Ona jest niebezpieczna. Gdy
wymawiasz Jej imię, to tak jakbyś wypowiadała imię samego szatana. Może się
wydawać, że to tylko opętana rządzą seksu wariatka, ale tak nie jest. Jest
potężna, niebezpieczna i bezlitosna.
-
Po prostu powiedz co wiesz.
W
tym momencie drzwi sali otworzyły się, a do pomieszczenia weszła wysoka i
szczupła pielęgniarka w średnim wieku. Jeden rzut oka w jej stronę zdradził, że
kobieta jest opętana. No, jakżeby
inaczej.
-
Nie wolno przemęczać pacjentów, proszę już wyjść. – Słowa wypowiedziane były
machinalnie, jakby kobieta czytała jakiś nudny komunikat. Wstałam i ruszyłam w
jej stronę, nie chciało mi się tracić czasu na pogawędki, chęć działania
kipiała we mnie, a pieczenie na klatce piersiowej podpowiedziało, że Bractwo Prawdziwych
jest gotowe do ataku. Podeszłam do pielęgniarki i z całej siły wymierzyłam jej
policzek. Nawet nie drgnęła, uniosła brew i szeroko się uśmiechnęła odsłaniając
rzędy ostrych, pożółkłych zębów. Strach rozlał się zimnem po moim kręgosłupie i
miałam po prostu ochotę uciec, jednak po chwili pieczenie na piersi stało się
jeszcze silniejsze. Zdecydowanym gestem, chwyciłam upiorną pielęgniarkę za
szyję i zacisnęłam dłoń. Nie trzeba było być detektywem, żeby zauważyć, ze
demon okupujący ciało kobiety był o wiele słabszy niż ten, z którym walczyłam
poprzedniego wieczoru. Żeby wypędzić demona nie krzywdząc jego ofiary, musiałam
ją puścić. Inaczej udusiłabym pielęgniarkę i tyle by mi wyszło z akcji
ratunkowej. Wolną ręka wyciągnęłam moją tajną broń spod bluzki i przycisnęłam
ją z całej siły do czoła pielęgniarki. Kiedy to zrobiłam, ciało kobiety opadło
bezwładnie na podłogę, a demon natychmiast
przybrał swoją prawdziwą postać. Ku mojemu zdziwieniu nie był podobny do tego z
ciała April. Długa, gęsta sierść w kolorze fuksji porastała plecy demona,
reszta ciała natomiast była pokryta ciemnobrązową skórą identyczną z ludzką.
Sukkub poruszał się na czterech łapach, a gdy spojrzał na mnie zobaczyłam
wąskie czerwone oczy. Jednak to nie one wywołały u mnie odruch wymiotny tylko
fakt, że potwór był pozbawiony warg. Tam, gdzie powinny znajdować się usta
widniała okrągła dziura. Było to tyleż odrażające co straszne, szczególnie w
momencie, gdy demon się na mnie rzucił. W jednej chwili leżałam na podłodze,
przygniatana ciężarem sukkuba, w duchu podziękowałam sile wyższej, że nie
jestem facetem. Demonica oddychała ciężko, patrząc na mnie z nienawiścią, z
przednich łap wysunęły się ostre, długie pazury, a ja stwierdziłam, że jakoś
odechciało mi się leżeć na podłodze. Objęłam poczwarę i chwyciłam ją za sierść
na plecach, po czym odrzuciłam pod drzwi wejściowe. Zaskomlała cicho, jednak
zaraz podniosła się i szykowała do kolejnego natarcia. Nie czekając dłużej
skoczyłam w jej stronę, przywalając ją całym swoim ciężarem i wsadziłam palce w
czerwone oczy. Potwór znów zawył, jednak nie tak skomląco jak wcześniej. Tym
razem był to dźwięk pełen wściekłości, zdążyłam tylko spojrzeć w stronę łózka
April i krzyknąć, by schowała się pod nie, kiedy do sali wpadły kolejne dwa
sukuby. Każdy z nich porzucił już swoją ludzką postać, więc widok nie należał
do najprzyjemniejszych. Tu rozkładające się ciało, tam cos na kształt krzyżówki
jaszczurki i pająka. Absolutnie nie miałam pojęcia jak sobie z nimi poradzę,
tym bardziej, że włochaty demon wcale nie miał ochoty uciekać. Rzuciły się na
mnie, przywalając swoim ciężarem, jednak nie robiły nic więcej. Miałam dziwne
wrażenie, że wyrządzenie mi krzywdy nie leżało teraz w ich interesie, o tym jak
słuszne były moje podejrzenia miałam się przekonać za chwilę. W pomieszczeniu
zrobiło się tak ciemno, że przez chwilę myślałam, że straciłam przytomność.
Jednak gdy spojrzałam za okno, zauważyłam, że niebo jest ciemne od ciężkich,
czarnych chmur. Nieznośnie wysoki pisk przeszył moje uszy, a sukkuby na ten
dźwięk rozbiegły się po kątach. Usłyszałam kroki. Ciężkie, powolne, miarowe
kroki, które z każdą sekunda były głośniejsze. Coś się zbliżało. Im było
bliżej, tym sukkuby stawały się pewniejsze, wyszły z kątów i kompletnie mnie
ignorując wyszły na szpitalny korytarz. Znów rozległ się ten nieznośny pisk, a
potem kroki znów stawały się coraz bardziej ciche, coraz bardziej
oddalone. Ciemne chmury zniknęły równie
szybko jak się pojawiły i po chwili pomagałam April wydostać się z kryjówki.
Kiedy dziewczyna leżała ponownie w łóżku, a ja po dokonanych oględzinach
stwierdziłam, że tym razem obyło się bez dodatkowych ran, April odezwała się
cicho.
-
To ona.
-
Co? – zerknęłam na brunetkę, bawiąc się kosmykiem włosów.
-
Chciałaś, bym powiedziała ci, gdzie jest Lilith, to była ona.
-
To przynoszące ciemność, piszczące coś?
April
skinęła głową, a ja westchnęłam ciężko. Wiedziałam już, że nie będzie łatwo.
Po mojej wizycie w szpitalu,
stwierdziłam, że ani Matt, ani April nie mogą zostać tam ani chwili dłużej.
Zadzwoniłam po Bonnie, która stwierdziła, że skoro April nie jest już opętana,
to może nałożyć na nią zaklęcie ochronne, aby już żaden demon się w niej nie
zagnieździł. Siedzieliśmy więc we czwórkę – ja, Matt, April i Bonnie w pokoju
tej ostatniej. Czarownica wyglądała na wyjątkowo przejętą, a jednocześnie każdy
jej ruch był pewny i spokojny. Było tez w niej coś, co powodowało, że
uspokoiłam się po walce z demonami. Być może to ta ziołowa herbatka, którą ciemnoskóra
wiedźma podała nam w wyjątkowo małych, zielonych filiżaneczkach, a może zapach jej perfum, który kojarzył mi się
z kadzidłem. W każdym razie uspokoiłam się. Matt i April również wyglądali na
zrelaksowanych i tak jak ja wodzili wzrokiem za Bonnie. Dziewczyna otworzyła
najniższą z szuflad komody, stojącej w jej pokoju i wyjęła stamtąd kilka
pudełek i słoików. Następnie zapaliła całe mnóstwo wysokich, wąskich świeczek,
i we wcześniej przygotowanym moździerzu zaczęła mieszać odmierzone zawartości tych
pudełeczek i słoików. W końcu kazała April się rozebrać. Dziewczyna posłusznie
wykonała jej polecenie i po chwili – wykonując kolejne polecenie Bonnie –
leżała w samej bieliźnie na podłodze. Matt odwrócił wzrok, kiedy czarownica
zaczęła mazią z moździerza rysować różne nieznane mi symbole na kredowobiałej
skórze April. Oczywiście, mamrotała przy tym pod nosem, a ja zaczęłam się
zastanawiać, czy robi to dla lepszego efektu, czy faktycznie tak trzeba. Po
chwili jednak odechciało mi się wszelkich zabawnych komentarzy. Najpierw zgasła
świeczka. Potem zatrzęsło się łóżko. Potem nastąpiła cisza, która przerwał
głośny szloch April, ciało dziewczyny zaczęło lewitować, a kolejne świeczki
gasły, jedna po drugiej tak długo, aż zrobiło się zupełnie ciemno. Silny i nieprzyjemny
dreszcz wstrząsnął moim ciałem. Nieznośna cisza przedłużała się, poczułam dotyk
ciepłej, dużej dłoni na swojej ręce. Matt. Kompletnie nie mogąc się ruszyć,
pozwoliłam, by splótł swoje palce z moimi, jednak po chwili wycofałam dłoń. W
pokoju znów rozległo się ciche mamrotanie Bonnie, które z sekundy na sekundę
stawało się coraz głośniejsze, a w krótce przerodziło się w krzyk. Podciągnęłam
nogi pod brodę i nagle bardzo zapragnęłam, żeby był tu Damon. To było jednak
niemożliwe. Zachciało mi się płakać, jednak na czas zreflektowałam się i
skupiłam swoje myśli na April. W tym samym momencie, kiedy Bonnie przestała
wykrzykiwać swoje zaklęcia, wszystkie świeczki zapaliły się. April siedziała po
turecku na dywanie i lekko się uśmiechała, patrząc w stronę Matta. Podążając za
jej spojrzeniem, zauważyłam, że chłopak stara się nie patrzeć w oczy dziewczyny.
Zerknęłam na Bonnie, której twarz zdradzała, że myśli o tym samym co ja.
Mogłabym się złościć, rozpaczać, mogłabym rzucić się na niego z pięściami.
Jednak najlepszym wyjściem było nie robienie niczego. Tak mi się przynajmniej
wydawało w tamtym momencie.
Wyszliśmy z domu Bonnie, która wetknęła
mi w kieszeń jakieś zawiniątko i powoli we trójkę przemierzaliśmy stary park,
za którym stał dom Mikaelson’ów. Jak powiedziała nam Bonnie, Rebekah i Klaus
stwierdzili, że April będzie bezpieczniejsza u nich, a ja nie potrafiłam się z
nimi nie zgodzić. Kiedy już dotarliśmy na miejsce, Matt poprosił mnie, bym
zostawiła ich na chwilę. Za dobrze wiedziałam, czemu miała służyć ta chwila
intymności, jednak uznałam, że mam na tę chwilę większe problemy. Zapukałam do
drzwi, w których po chwili pojawił się Klaus. Był taki jak zawsze, wysoki,
lekko rudawy i uśmiechnięty.
-
Miło mi cię gościć w moich skromnych progach – oznajmił i dworskim gestem
ukłonił się, zapraszając mnie do środka.
-
Już tu kiedyś byłam – burknęłam mijając go w progu - i nie mam zbyt miłych wspomnień z tamtej
wizyty.
-
Ach, Rebekah… zawsze była nieco impulsywna.
-
Nieco za bardzo, jak na mój gust.
Usiadłam
na wskazanym przez Klausa fotelu, który okazał się być bardzo wygodny.
-
To twoja krew mnie uzdrowiła, prawda?
Wampir
uniósł brew i znów się uśmiechnął, co wytrąciło mnie z równowagi.
-
Teraz już mnie lubisz?
-
Nie.
-
Dlaczego?
-
Zbyt krwiożerczy. Zbyt ignorancki. Zbyt pewny siebie.
-
Jesteś pewna, że nie mówisz o swoim ukochanym?
Ohoho!
Jaki spostrzegawczy, nie chciało mi się bawić w wypieranie się.
-
On nie ma z tym nic wspólnego.
-
Prawda. Nie ciekawi cię, gdzie był, kiedy ty ratowałaś Mystic Falls?
-
Ma swoje życie.
-
Olivio, jemu na tobie nie zależy.
-
Nie powiedziałeś nic, o czym bym wcześniej nie wiedziała.
Coraz
trudniej było utrzymać kamienny wyraz twarzy. Czytał we mnie jak w otwartej
książce.
-
Nieprawda – usiadł w fotelu stojącym naprzeciwko mojego i popatrzył mi w oczy.
– Ciągle się łudzisz, liczysz, że to co zdarzyło się w święta coś dla niego
znaczyło.
-
Dość! – Poderwałam się, jednak Klaus chwycił mnie za przedramię.
-
Nie uciekaj przed prawdą.
-
Co cię obchodzi moje życie uczuciowe? Chyba nie chcesz być następcą Damona?
Jeśli tak to daruj sobie, nie kręcą mnie twoje malunki i opowiastki o
toksycznym ojcu.
Roześmiał
się, a ja znów wstałam. Tym razem mnie nie powstrzymał, podeszłam do drzwi i
kiedy je otworzyłam trafiłam na April. Wyglądała na spokojną, choć niezbyt
szczęśliwą.
-
Zerwałam z Mattem. – Stwierdziła i minęła mnie, znikając w głębi domu.
Matt patrzył na mnie lekko
zdziwiony. Mój monolog o tym, że nie zależy mi na nim bardziej niż na
przyjacielu i że chyba widział, że jest coś między mną a Damonem nie wywarł na
nim większego wrażenia.
-
Próbowałem to stłumić, naprawdę. Przez jakąś chwilę nawet mi się udało.
-
Wierzę ci Matt, ale to by nigdy nie wyszło. Nawet gdyby nie to, że jestem od
ciebie starsza i że kocham Damona jakkolwiek irracjonalne jest to uczucie,
zostaje jeszcze April, którą bardzo lubię.
-
April ze mną zerwała.
-
Ona z tobą? Czy na odwrót?
-
Właściwie oboje stwierdziliśmy, że to co się stało, ten demon, to jak będąc w
jej ciele wysysał ze mnie energię, za bardzo odbiło się na nas.
Kiwnęłam
głową. Staliśmy pod domem Salvatore’ów i szczerze mówiąc dałabym wszystko, by
znaleźć się już w swoim łóżku.
Tęskniłam za Damonem. Tęskniłam,
tęskniłam, tak okropnie tęskniłam, że właściwie nie potrafiłam już myśleć o
niczym innym. Chciałam tylko go spotkać. Jednak jego nie było. Nie zjawił się
ani tego wieczora, ani żadnego wieczora w ciągu kolejnego tygodnia. W tym
czasie natknęłam się na jeszcze kilka demonów, z których każdy poddawał walkę
po bliskim spotkaniu z wisiorkiem Bractwa Prawdziwych. Dni zlewały się w jedno
długie pasmo walk, rozmyślań o Damonie i rytułałów oczyszczenia, którym Bonnie
poddawała kolejne kobiety. Jednak to wszystko nie zbliżało mnie ani o krok do
odnalezienia Lilith. April zaszyła się w domu Klausa i nie rozmawiała z nikim.
Był środek nocy, kiedy wracałam z domu Caroline. Tego wieczora udało mi się
pokonać demona, który opętał jej mamę. Po udanej akcji ratunkowej, Caroline
zabrała panią szeryf do Bonnie. Proponowały mi udział w rytuale, ale nie miałam
na to ochoty. Tak samo nie chciałam wracać do domu Salvatore’ów i patrzeć na
Stefana i Elenę. Grill też odpadał, w ostatnich dniach moje stosunki z Mattem
stały się bardziej skomplikowane, głownie przez to, że nie potrafiłam odmówić
mu pocałunku, ale cały czas zaznaczałam, że nic do niego nie czuję. Nie
chciałam go dodatkowo ranić swoim szczeniackim zachowaniem. Włóczyłam się więc
po ulicach, zastanawiając się, czy nie odwiedzić kolejnego domu w którym
mieszkała jakaś opętana kobieta. Byłam jednak wykończona po minionej walce, a i
Bonnie pewnie też chciałaby czasem odpocząć. Nie zdając sobie z tego sprawy,
zawędrowałam pod drzwi mojego dawnego domu. Światło w salonie świeciło się,
czyli Natalie jeszcze nie spała. W oknie mignęła mi jej zgrabna sylwetka i
sylwetka jakiegoś mężczyzny. Przytulali się, czyli rudzielec był szczęśliwy.
Stwierdziwszy, że nie mam tu czego szukać odwróciłam się na pięcie i
postanowiłam jednak wrócić do rezydencji Salvatore’ów. Dźwięk otwieranych drzwi
sprawił, że odruchowo odwróciłam głowę i spojrzałam na dom Natalie by
dowiedzieć się jak wygląda jej wybranek.
Pustka.
Nie
żal, nie wściekłość i nie rozczarowanie.
Totalna
pustka.
Stałam
na środku ulicy i było mi kompletnie wszystko jedno czy mnie widzą, czy
nadjeżdża jakiś samochód, czy może za moimi plecami czai się sama Lilith. Damon
opierał się o framugę, lekko pochylając się w stronę Natalie. Śmiech kobiety
rozdarł nocna ciszę, wbijając cos na kształt gwoździa giganta w moje serce.
Potem było już tylko ciekawiej. Objął ją. Jej dłonie przesunęły się po jego
plecach. Pochylił się bardziej i pocałował ją. To był długi, namiętny
pocałunek, po którym ona zniknęła w głębi domu, a on… Zauważył mnie, podszedł w
normalnym ludzkim tempie, jakby musiał ukrywać to, że jest wampirem. Stanął
przede mną i…kurczę musieliśmy naprawdę zabawnie wyglądać stojąc tak w środku
nocy, na środku ulicy i patrząc na siebie, nie pokusiwszy się nawet o
najmniejszy ruch. Jego twarz zdradzała tak wiele emocji, że nie byłam w stanie
ich odczytać. Co to było? Irytacja? Żal? Satysfakcja, a może smutek? Nie powiedział, że tamta nic nie
znaczy. Nie kazał mi przestać za nim łazić. Nie podniósł dłoni, by dotknąć
mojego policzka. Nie przytulił mnie. Nie tłumaczył się i nie miał pretensji. A
co najgorsze nie skręcił mi karku.
To
ja odeszłam pierwsza.
Leżąc w łóżku słyszałam jego kroki w
korytarzu. Wstałam, ubrana w sam t-shirt, wyszłam na korytarz. Stał pod moimi
drzwiami.
-
Zachowujesz się dziwnie. – Obciągnęłam t-shirt, starając się zakryć jak
najwięcej ciała. Nie chciałam, żeby na mnie patrzył.
-
Czuję się dziwnie. – Stwierdził, zaciskając dłonie w pięści.
-
Jak?
-
Jakbym cię zranił.
-
I jak jeszcze? – Mój głos drżał, zaciśnięte gardło sprawiało wrażenie, jakby
było w nim pełno piasku.
-
Jakbym miał serce.
-
Dwa razy pudło. – Stwierdziłam, zamykając mu drzwi przed nosem.
Puk
puk.
Otworzyłam
oczy.
Głośniejsze
puk puk.
Nie
wstanę nie wstanę nie wstanę.
Puk
puk.
Wstałam.
Nie
zdążyłam otworzyć drzwi, sam to zrobił. Byłam zmęczona jego widokiem, myśleniem
o nim.
-
Wyjdź.
Nie
odpowiedział, podszedł bliżej. Stanął, patrząc na mnie wzrokiem bez wyrazu.
-
Wyjdź, to nie ja się wtedy na ciebie rzuciłam. To była Dora, wiedźma, która
mnie opętała. Tak, można mnie opętać, ale walczę z tymi demonami. Robię to,
żebyś mnie docenił. Chcę ci pokazać, że nie jestem bezużyteczna. Ryzykuje
życiem dla tego miasta, sama nie wiem po co. Lepiej byłoby wyjechać, ale ja nie
chcę wyjeżdżać. Kocham Cię, Damon
-
Pomóż mi. – W jednej chwili rozsypał się w pył.
-
Damon!
Kiedy otworzyłam oczy, siedziałam na
łóżku, a Ian lizał moja wystającą spod kołdry stopę. Jak oparzona wyskoczyłam z
łóżka i kilkoma susami przemierzyłam pokój, wypadłam na korytarz i otworzyłam
drzwi do pokoju Damona. Nie było go. Panika zacisnęła mi żołądek. Zbiegłam po
schodach, omal z nich nie spadając. Wbiegając do salonu wpadłam na Stefana.
-
Gdzie on jest? Gdzie? Gdzie on jest?
Łzy
pociekły mi po policzkach. Stefan złapał mnie za ramiona i odsunął się.
-
Stefan, ostrzegam, że trzymanie w domu wariatki zagraża nam wszystkim. – Ulga
jaką poczułam na dźwięk głosu Damona, ścięła mnie z nóg. Dosłownie. Gdy tylko
Stefan mnie puścił, padłam na podłogę. Podniosłam się jednak szybko i rzuciłam
się w ramiona Damonowi. Żył! To był tylko głupi sen! Korzystając z tego, że
moje zachowanie totalnie go zszokowało, położyłam dłonie na jego policzkach i
mocno cmoknęłam jego usta. Otrzeźwiałam dopiero po chwili i odsunęłam się.
-
Przepraszam.
-
Myślałem, że to co wczoraj widziałaś, pozwoliło ci zrozumieć, że między nami
wszystko skończone.
Nawet
nie zauważyłam, w którym momencie Stefan wyszedł z salonu.
-
Tak rozumiem to…
-
Jestem z Natalie, jestem z nią szczęśliwy. – Mówił to takim spokojnym dobitnym
głosem. Nie denerwował się i nie wyśmiewał mnie. Nawet mi nie groził. Odsunął
się i poszedł w stronę drzwi, chciałam rzucić się za nim, lecz znów pojawił się
Stefan i mnie powstrzymał.
-
Olivio, nie warto…
-
Ale ja…
-
Pozwól mu odejść.
Kiwnęłam
przytakująco głową.
P.S. Jeszcze chciałam dodać, że prawdopodobnie już jutro pojawi się na blogu nowa zakładka, która (mam nadzieję) nieco go urozmaici. Jak zwykle czekam na Wasze opinie ;)
Pierwsza w końcu mi się udało!
OdpowiedzUsuńCzytałam rozdział jednym tchem i coraz bardzije szkoda mi Olivii.
Naprawdę nie rozumiem Damona ani trochę.
Ona naprawdę go kocha i widać to wyraźnie tylko czemu on tego nie zauważa?
Ta cała Natalie ani trochę mi sie nie podoba...
W ogóle widzę poprawę i to dużą.
Wzięłaś sobie do serca opinię oceniającej gdyż jest zdecydowanie więcej opisów.
Zwracasz również dużą uwagę na uczucia bohaterów a szczególnie samej Olivii.
Zaskoczyło mnie również zerwanie Matta i April.
Całkiem fajna z nich para była i szkoda że to się tak skończyło.
Swoją drogą to Matt byłby całkiem niezłym towarzyszem Olivii.
Nie wiem czemu tak pomyślałam;)
Ogólnie sumując na koniec warto było czekać tyle czasu na tak fascynujący rozdział.
Cieszę się, że kontynuujesz te historię gdyż moim skromnym zdaniem jest naprawdę świetna.
pozdrawiam i czekam na next
No akurat na uczucia to zawsze zwracałam dużą uwagę. Nie rozumiesz Damona? No cóż, ja tez nie chciałabym być z kimś kto próbował mnie zabić:D
UsuńNie wiem czemu miałabym tej historii nie kontynuować :D
Super rozdział :)
OdpowiedzUsuńAle wogóle nie rozumiem Damona przecież on musi kochać Oliwie.....
Zerwanie Matta i Apir zaskoczyło mnie - fajna z nich para ::)
Czekam na następny rozdział ;)
Musi musi, ale nie chce ;)
UsuńNikogo do miłości się nie zmusi, prawda?
Sytuacja Matta i April była utrudniona przez sukkuba, który opętał dziewczynę, ale kto wie, może czas uleczy rany ;)
Pozdrawiam:)
Ja - anonimowa czytelniczka postanowiłam się ujawnić i wyrazić swoją opinię na temat tego rozdziału. To aż dziwne, bo zazwyczaj pisanie komentarzy jest dla mnie mordęgą. Mam nadzieję, że się to zmieni, a pisanie tego komentarza będzie tak przyjemne jak czytanie Twojego rozdziału :)
OdpowiedzUsuńBardzo podoba mi się Twój autorski pomysł. Widać, że masz pomysły i je realizujesz. Ja zazwyczaj mam z tym problem, jeśli chodzi o pisanie. Zawsze zakładam bloga, zaczynam pisać opowiadanie. Nie jest to przemyślane, nie mam zarysowanego planu. Wszystko jest w chaosie.
A czytając twoją twórczość mam wrażenie, że wszystko masz zaplanowane. Bardzo podoba mi się Twój sposób pisania i ciekawią mnie dalsze losy głównej bohaterki.
Życzę Ci weny i czasu na pisanie, bo wiem jak z tym może być ciężko :)
Twoje wyznanie jest dla mnie zaszczytem, naprawdę fajnym uczuciem jest świadomość, że ktoś kto nie komentuje, nagle zmienia zdanie przez moją pisaninę :) To naprawdę bardzo miłe :)
UsuńCo do planowania - zdziwiłabyś się :) Oczywiście mam ogólny zarys historii Olivii, jednak mnóstwo wątków wychodzi "w praniu" i są one niezaplanowane :)
Dziękuję za te "życzenia", szczególnie ten czas by się przydał ;)
Pozdrawiam :)
Przyznaję bez bicia - czytałam już w piątek. Leń nie pozwolił mi jednak napisać komentarza ;) Olivia w charakterze pogromczyni demonów wypada bardzo interesująco. Dziewczyna się wyrabia, no ale dziw, żeby było inaczej. Życie w MF nie pozostawia wielkiego wyboru.
OdpowiedzUsuńMuszę. Wybacz. Napiszę to. A co tam. Damon jest p o d ł y. I co? Niby to jego zachowanie względem Olivii wynika z tego, że próbowała go zabić? Wypadałoby więc zapytać: ile osób on sam planował zabić, albo zabił? :D Ha.
Ej, mam pomysł: zeswataj Matta z Olivią. Oboje teraz są tacy nieszczęśliwi i porzuceni. Damon dobrze bawi się (albo tylko udaje) z Melanie, no chyba, że jest ona dla niego tylko tymczasowym bankiem krwi. Wtedy to trochę zmienia postać rzeczy, lecz i tak jego zachowanie jest... dyskusyjne.
PS: pytałaś na moim blogu kim jest Levi. Pozwolę odpowiedzieć sobie tutaj: najlepszym (obecnie) przyjacielem Adriena. Mają razem zespół - widmo, którego wątku jeszcze nie zdążyłam rozwinąć. I przy okazji to niedoszły chłopak Chloe. Po raz pierwszy pojawia się w rozdziale siedemnastym.
Tyle ode mnie.
Czekam na więcej tego samego w tym samym dobrym stylu ;)
Pozdrawiam.
O boziuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuu.. cholerny, cholerny Damon! Przecież to całe 'bycie' z Natalie jest bez sensu! To nie w jego stylu, on nie może 'być z nią szczęśliwy'! Nie tylko dlatego, że to Damon, który rzadko bywa szczęśliwy, ale dlatego, że jak już ma być szczęśliwy to z Olivią! NatalieSratalie.. powinien wypić z niej krew, przelecieć kilka razy i nara ;__; poza tym mam dziwne wrażenie, że to w niej siedzi Lilith..
OdpowiedzUsuńDobra hmm co by tu jeszcze.. znowu zadziwił mnie twój opis sukkubów, co za paskudy!
No i to całe wycieńczenie Mystic Fallowskich mężczyzn.. a cwaniaki sobie myślą, że nimfomanki to taka fajna sprawa xD
Więcej Klausa - lubię to. Chociaż nie podoba mi się to co mówi o Damonie. No ale nie zmienia to faktu, że idealnie wykreowałaś jego postać
No i tak mi wpadło do głowy, że dla Olivi to musi być całkiem zabawne - jeszcze w telewizji/laptopie, widziała jak uprawiają sex ludzie, z którymi teraz widuje się na co dzień :D
Że tak sobie pozwolę skopiować fragment, który pokochałam szczerą miłością:
'- Zachowujesz się dziwnie. – Obciągnęłam t-shirt, starając się zakryć jak najwięcej ciała. Nie chciałam, żeby na mnie patrzył.
- Czuję się dziwnie. – Stwierdził, zaciskając dłonie w pięści.
- Jak?
- Jakbym cię zranił.
- I jak jeszcze? – Mój głos drżał, zaciśnięte gardło sprawiało wrażenie, jakby było w nim pełno piasku.
- Jakbym miał serce.
- Dwa razy pudło. – Stwierdziłam, zamykając mu drzwi przed nosem.'
Aaaaaach *.*
A Olivia powinna zrobić to samo co w śnie - powiedzieć Damonowi prawdę.
Przejrzałam trochę ocenę twojego bloga i wiem między innymi, że oceniającej nie podobał się humor wplatany w opowiadanie. Mam nadzieję, że jednak nie posłuchasz niektórych rad, bo mnie to właśnie urzekło ;D
Dziękuję za komentarz u mnie, mam nadzieję, że historia ci się spodoba ;)