Kiedy minął pierwszy szok, przybył
drugi i trzeci, a kiedy i one dały za wygraną i poszły sobie swoją drogą,
pozwoliłam mojej dolnej szczęce powrócić na swoje docelowe miejsce i niepewnym
krokiem ruszyłam w stronę miasteczka. Miliony myśli kotłowały się w mojej
głowie. Pomijając te oczywiście: jak, dlaczego, po co i tak dalej, w zrodziło
się kolejne nie tak znowu błahe pytanie. Skoro jestem w Mystic Falls, co wbrew
mojemu wybitnemu talentowi antygeograficznemu wskazuje na Amerykę, to jak ja u
diabła dogadam się z miejscowymi? Zdecydowanie nie należę do osób kochających
język angielski. Chociaż może powinnam określić to inaczej – ja go lubię i
chętnie bym się go nauczyła, gdyby był tak miły i nie ulatywał mi z głowy przy
byle okazji. Drobny deszcze powoli przestawał być drobny i przybierał na sile,
a ja pełna zwątpienia powoli pokonywałam dystans dzielący mnie od znajomych
budynków. I znów kolejna porcja pytań. Gdzie pójdę? Czy w Mystic Falls jest jakiś
przytułek dla bezdomnych? W serialu nie było o tym mowy, a ja nie do końca
byłam pewna czy aby na pewno znajduję się w tym serialowym miasteczku. Z każdym
krokiem próbowałam przekonać siebie, że jakoś to będzie. To co mi się
przydarzyło to zapewne sen. No tak, w końcu ten bandzior porządnie zdzielił
mnie po głowie. W takim razie pewnie leżę teraz w śpiączce, a to co się dzieje,
to tylko zwykłe majaki. W porządku, tylko skoro to majaki, to czemu jest mi u
diabła tak zimno?!